TEATR, FILM


       Scena, teatr, film to wspaniałe przygody, kt
óre 
    zdarzały mi się od dzieciństwa, a czasem nawet 
    wydawały się sposobem na życie.  


      W latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku byłam silnie związana
ze studenckim ruchem kulturalnym tzw. "Młodą kulturą". Tańczyłam 
w Zespole Pieśni i Tańca "Słowianki". Byłam współtwórczynią
i aktorką teatru "Pleonazmus",  zaliczanego w tym czasie do awangardy
młodego teatru zwanego na świecie "Open Theater". Działalność
teatralna zaowocowała moją współpracą reżyserską  i aktorską 
z Filmem Polskim. Zagrałam epizody w ok. dziesięciu filmach  oraz
główną  rolę kobiecą w filmie Janusza Kondratiuka  "Głowy pełne gwiazd".


ZABAWA W TEATR

Niebo było pełne jesiennych liści. Na ziemi
leżało błoto. Jego twarz była podobna do liścia klonu.
Bardzo blada.
I była płaska jak liść.
Miłość, która narodziła się z liści,
z ich lotu rysowanego cienką kreską,
nie mogła być prawdziwa. Była teatrem.

Przesiąknięci teatrem tkwiliśmy w gęstym świecie,
wierząc, że właśnie on jest pełnią.
Nie, nie o pełnię chodziło. Raczej o coś bez dna,
co pogłębiało się krok w krok
w przestrzeń czarnej kotary, która dawała nam życie.

Światła, oczy, oddechy ludzi...
Tutaj to wszystko było ostrzejsze niż na zewnątrz,
niż na wietrze. Ale przecież właśnie wiatr,
z drzew, z ulic, z samochodów, ten wiatr
zabieraliśmy ze sobą na czarną kotarę.
Rozwiewał noc, wirował w świetle reflektorów,
a my czuliśmy, że właśnie tutaj wszystko jest 
                                                       prawdziwe.

Teraz, gdy podobny jest do liścia klonu,
                chciałabym z nim być, lecz nie umiem.
Brak mi czarnej kotary. Brak teatru. Brak słów.

Powiedziałam kilka zdań, zmarszczy nos.
Nie zrozumiał.
Odniosłam wrażenie, że potok słów odbija się
od blaszki liścia, że rozpłaszcza się na niej
i stygnie.

Tylko w teatrze umiałam chwytać jego wiatr.
Nie mówiliśmy nic, słowa nie były potrzebne.
Nasza miłość była oddechem
drążącym kręty ślad w głąb naszych głów, nóg, rąk,
aż do istoty środka.
Gdy wszystko zaczynało unosić się i pieścić światłem,
byliśmy sobą.
Czuliśmy ciepło. Żyliśmy tym ciepłem, które nas tworzyło.
Myśmy je tworzyli. To był teatr.

                    Czy z takiej miłości mogą zrodzić się dzieci?